Znów budzę się wczesnym świtem,
O czwartej z niewielkim okładem,
A we łbie mi szumi pół litra,
Bo wczoraj popiłem z sąsiadem.

Oj doloż ty moja nielekka!
Znów będzie bolała mnie glaca.
Daj krowo zsiadłego mleka,
Podobno jest dobre na kaca.

A krowa ryczy, aż echo niesie -
- To muuuuuusisz baranie zamóuuuuuwić
w Gie-eSie!

Wincenty Bździoch (Kozia Wólka)

Jak nie pierdutło, świsło, pizdło,
Wichrem powiało, walnął piorun,
Kiedym wpatrzony był w goliznę,
Aż poszedł dym z telewizorów.

(Mam w domu trzy. A co? Nie wolno?)

Z łóżka zerwałem się jak wariat,
Myślę – ratować trzeba dupę,
Bo dąb, ten, który sadził pradziad,
Zwalił się pewnie na chałupę.

I taka prawda, tuż przed progiem,
(Po trzykroć samotnemu biada!!!)
dąb leży, a ja wyjść nie mogę,
Drę się przez burzę do sąsiada.

(Widziałem go, też wybiegł na podwórko)

Sąsiedzie ratuj! Bądź człowiekiem,
Dawaj tu traktor, albo konia,
Bo ja tu już na wieki wieków
Utknąłem i mi przyjdzie skonać.

Gdy sąsiad mój z prędkością czarta,
Z progu odwalał ten dąb wielki,
Czułem, że mam przy pechu, farta
Oraz kompana do butelki.

Wincenty Bździoch (Kozia Wólka)
_________________

Księżyc, jak pies zwinięty w kłębek,
Gdy sobie z nudów jajka liże,
A obok gwiazdy, jak szczenięta,
Które się boją podejść bliżej,
Biały obłoczek, który jutro
Spłynie na twoje włosy deszczem,
Dziewczyno, może być dla ciebie,
Proszę cię, tylko daj, raz jeszcze.

Wincenty Bździoch (Kozia Wólka)

Kto mi konia wyleczy, temu konia z rzędem,
Zwierzak mi zachorował, czym ja orał będę,
Pług pod płotem, a ziemia zalega odłogiem,
A sam sobie chomąta założyć nie mogę,
Nawet mi nie wypada, bo bym się uszarpał,
Baba by się przydała, jej bym włożył na garba,
Pociągnęłaby pługi, pociągnęłaby brony,
Potem zbożem obsiała wszystkie moje zagony,
A wieczorem, w chałupie, też by była uciecha,
Iskry by się sypały, aż dymiłaby strzecha,
Baby diabeł nie nadał, czym ja orał będę,
Kto mi konia wyleczy, temu konia z rzędem.

Wincenty Bździoch (Kozia Wólka)

roztroskałem się
i roztroszczyłem po troszku
boś nie dodała do marchewki
groszku
a jak tak
bez groszku marchewka
zlituj się
Ewka
daj choć jeden groszek
w rożku talerza
no i tę kurę
obedrzyj z pierza

oż ku…!!!!
w mordę jeża!!!

Wincenty Bździoch /Kozia Wólka/

pod muśnięciami palców słońca
kamienie to oliwne lampki
świecą jak gdyby miały dusze
które za Boga z nich ulecieć
nie chcą nie mogą

smętna dama
bez grama ciała i sumienia
zawsze gotowa zawsze blisko
w nibyzmęczeniu siada szarą
suknią powłócząc światła gasi

widzę jak do czarnego walca
kogoś zaprasza milkną ptaki
chowają świergot pod skrzydłami
a liście boją się szeleścić
kiedy upiorna gra muzyka

cmentarze otwierają bramy
i dzwony na kościelnej wieży
biją na powitanie gości
gdy ja tu biję się z myślami

tam karawany jadą drogą
a wokół mnie grobowa cisza
jestem kamieniem
tak
być może

a czas rozłupie mnie
jak orzech

stań ku słońcu, a rozdziaw gębę, panie ślasa,
niech cała mądrość świata w trzewia twoje spłynie
a splendory same ku tobie przybieżą

a już nie będziem szukać inszego kompasa;
by podążyć w kierunku najwyraźniej słusznym
byle tylko nogi posłuszne nam były

bo ten nos, coć to gęby już ledwie nie minie,

unieś w górę niech sterczy jak tatrzańska sosna
nim przeminie ta chwila doniosła niezwykle

na zębach nam okaże, o której godzinie.

co się zdarzy a nawet kto z nas czym zasłynie

Znów mamy hemoroiiidy,
Gdy zieleń się kładzie na trawie,
W wesołe marcowe Idy.

Świat blaskiem słońca spowity,
Ze szczęścia rozpływa się prawie,
Znów mamy hemoroiiidy.

Nad głową latają „Irydy”
I znaczą podniebne pasaże,
A narcyz roztacza fluidy.

Co roku, od świętej Brygidy,
Tak trudno usiedzieć na zadzie,
Znów mamy hemoroiiidy.

Choroba przyprawia o zwidy,
I mają robotę lekarze,
Szczególnie w marcowe Idy.

Gonimy, jak byki z corridy,
Po czopki, maści i draże,
Znów mamy hemoroiiidy,
W wesołe marcowe Idy.

szukam dziewiczej gleby do zaliczenia
wolnej od tęgich umysłów
każących mi wysysać szpik
ze szkieletu pozbawionego płci

nazywających ideą wycięty
jak wyrostek robaczkowy kawałek
prehistorycznej myśli pitekantropa
wyrytej na ścianie męskiej toalety

heureka archimedesie
przed tobą ktoś tu był
jeszcze słychać szum wody

podłoga nie obeschła popatrz
zostawił butelkę i żółty szalik
ręcznie robiony na drutach

zapewne to jakiś niuton
majstrował przy grawitacji

Spójrz!
Ptaki odleciały do nieba,
Chyba, bo tylko wiatr
Śpiewa, jak stary weteran,
Któremu bomba… a może to
Anioł zrozpaczony,
Ten żadnej nie ma płci.

Szuka sam siebie w polu,
Gdzie ani jednego ziemniaka
I zęby w chmury.

Nad szarym popiołem ziemi
Samotny dąb, coraz grubszy
I świetny
Materiał na jesionkę,
Albo na dym w kominie.

A jutro sanna i hosanna.